wdrodze blog

Twój nowy blog

fdfd

Brak komentarzy

fdsf

fdsfd

Brak komentarzy

fdsfsdf

ttr ert

Brak komentarzy

gfd ghnbv hhfg

test

Brak komentarzy

test

Osmiogodzinna podroz bardzo komfortowym autokarem kosztuje nas po 10 usd, ale chcemy potraktowac sie dzis bardzo wygodnie. Autobus po drodze zatrzymuje sie w bardzo turystycznej miejscowosci Vang Vieng, ale zostawiamy ja sobie na jakas inna wyprawe do Laosu.

Po przyjezdzie do LP krecimy sie chwile po miescie, po czym idziemy spac do hotelu (3 usd za pokoj). Moja temperatura, to 37.5 bez srodkow przeciwgoraczkowyh, wiec raczej nie jest zle. Kupujemy bilety na autobus turystyczny supervip do Vientiane na jutro rano.

Wracamy w taki sam sposob, jak tu przyjechalismy.

Pict9320.jpg

Najpierw lodzia do Nong Khiaw (1.3 usd, 1h), tym razem bez obowiazkowego treku, a dalej jumbo tuk-tukiem do LP (1.8 usd, 4h).

Pict9359.jpg

Tuk-tukowi po drodze gotuje sie woda w chlodnicy, wszyscy pasazerowie robia zrzutke w postaci wody mineralnej, zebysmy mogli jakos dojechac do najblizszej sadzawki z woda.

Zaraz po przybiciu do brzegu dopada nas mala dziewczynka i od razu prowadzi do swojego hoteliku. Caly hotelik, to dwa bambusowe domki na palach postawione na wysokim nabrzezu rzeki. Mamy maly tarasik, hamak i genialny widok na rzeke i cala doline. Placimy 2 usd za noc. Dziewczynka ma ze 12 lat i sama prowadzi caly interes, ani razu nie widzielismy jej rodzicow.

Pict9200.jpg

Sama wioska jest niewielka, jej srodkiem przebiega piaskowa droga, a po obu jej stronach ciagnie sie rzad skromnych, drewnianych lub bambusowych chatek. Na jednym koncu drogi znajduje sie swiatynia, a drugi koniec konczy sie gora. Tu nie da sie dojechac samochodem, wiec nie ma zadnego w okolicy. Jedyny dostepny transport, to lodz.

Pict9197.jpg

Dzisiejszy dzien jest dla mnie fatalny, zaraz po rozlozeniu sie w domku, mierze goraczke, mam 39.6 stopni, i to po srodkach zbijajacych temperature. Do wieczora, po kolejnej tabletce temperatura wzrasta do 39.8. Nie mam przy tym zadnych innych objawow, ani kaszlu, ani kataru, nic z tych rzeczy. Asia robi mi zimne oklady, ktore sa srednio zimne, bo w calej wiosce nie ma lodu, skad mialby by sie wziac, skoro nie ma ani pradu, ani nawet lodowki. Przychodzi nam do glowy jedynie malaria, ktorej jednym z podstawowych objawow jest nagla wysoka goraczka. Nie mam jednak rownie charakterystycznych dla tej choroby potow oraz dreszczy, co sprawia, ze decydujemy sie nieco poczekac z decyzja o wzieciu odpowiednich lekarstw. Na razie biore Amoxycykline produkcji indyjskiej, jedyny listek, ktory nam pozostal.
Asia szuka jakiegos lekarza, ale najblizsze lekarzowi, co udaje jej sie znalezc, to Izraelska turystka z jakims podrecznikiem pierwszej pomocy. Znajdujemy sie gdzies na koncu swiata, miejscowi po prostu nie choruja. Dziadek, sprzedawca na stoisku z produktami wszelkiej masci wlacznie z lekarstwami twierdzi, ze w Laosie malarii nie ma (co nie jest absolutnie prawda). Nie przeszkadza mu to jednoczesnie sprzedawac jakichs lokalnych srodkow antymalarycznych.
Malaria, to dosc nieciekawa, roznoszona przez komary choroba i nie istnieje niestety na nia zadna szczepionka. Potrafi byc smiertelna, na calym swiecie co roku umiera na nia okolo 2 miliony osob, glownie w Afryce. Istnieje kilka srodkow, ktore mozna przyjmowac jako prewencje, ale zaden nie jest stuprocentowo skuteczny, a wszystkie maja nieciekawe efekty uboczne, glownie dzialaja szkodliwie na watrobe. Lekarze wydaja sie byc niezdecydowni, czy lepiej faszerowac sie srodkami zapobiegawczymi, czy lepiej tego nie robic. Lekarze, specjalisci od chorob tropikalnych w Polsce zwykle zalecaja przyjmowanie roznych srodkow, w zaleznosci od rejonu swiata, w ktory ktos sie udaje, ale spotkalem sie tez z opiniami lekarzy twierdzacych, ze prawdopodobienstwo zachorowania na malarie jest w gruncie rzeczy dosc niskie, a szkoda wyrzadzana przez antymalaryki jest tak duza, ze lepiej je sobie darowac. „Brac, czy nie brac”, to chyba najczesciej powracajacy temat na turystycznych internetowych grupach dyskusyjnych, ktory zawsze prowadzi do niekonczacych sie dyskusji pomiedzy zwolennikami brania i nie brania. Najpopularniejszym i zarazem najskuteczniejszym srodkiem jest slynny Lariam. Slynny jest z efektownych efektow ubocznych, ktore wystepuja u niektorych osob przyjmujacych to lekarstwo. Poza malo oryginalnymi wymiotami, bolem brzucha, czy nudnosciami, Lariam czasem powoduje stany lekowe, koszmary senne i inne nieprzyjemne efekty psychiczne. Nie u wszystkich, ale u dosc istotnej czesci osob.

Pict9221.jpg

My zdecydowalismy sie nie przyjmowac zadnych srodkow, to chyba najczestsza taktyka u osob podrozujacych przez rok lub dluzej. Zaden ze srodkow nie jest zalecany do przyjmowania przez tak dlugi okres czasu, prawdopodobnie nasze watroby zostalyby w tym czasie doszczetnie zniszczone. Jadac w rejony zagrozone na dwa, trzy tygodnie, to zupelnie inna sprawa, mam wrazenie, ze wiekszosc osob, z ktorymi rozmawiamy jednak przyjmuje jakies srodki bedac na krotkich wakacjach.
Mamy ze soba trzy dawki lecznicze Lariamu, mozna go bowiem zastosowac do leczenia choroby przyjmujac bardzo duza dawke. Nazywa sie to standby treatment i mozna/nalezy go zastosowac jesli mamy powazne podejrzenie malarii, a nie mamy dostepu do lekarza.
Teraz wlasnie rozwazamy taka mozliwosc, postanawiamy, ze jesli do polnocy temperatura nie spadnie ponizej 39 stopni, to biore trzy tabletki Lariamu, po szesciu godzinach dwie kolejne, a po nastepnych szesciu godzinach jeszcze jedna (dawka prewencyjna, to jedna tabletka na tydzien). No i jutro ewakuujemy sie do Luang Prabang, do szpitala. Po kilku godzinach nerwowego oczekiwania o godzinie 23:00 mam 38.9 stopni, co traktujemy niemal jak cudowne uzdrowienie. Lariam zostawimy sobie na pozniej.

Pict9255.jpg

Nastepnego dnia moja goraczka waha sie w zakresie 38.0 do 38.5. Mimo temperatury czuje sie doskonale, nie moge wysiedziec w domku, wiec bujam sie w hamaku na tarasie, a popoludniu ide zrobic kilka zdjec wodnym bawolom, ktore siedza w malym bajorku schowane w wodzie po same uszy.
W wiosce nie ma stalego dostepu do pradu. Tylko wieczorem, na 2-3 godziny wszyscy wlaczja generatory na rope i pol wioski zasiada przed telewizorami, zycie zamiera. Zewszad dobiega muzyka i jest bardzo wesolo. Radosc nie trwa jednak za dlugo, w koncu ropa duzo kosztuje.
Trzeciego dnia moja goraczka spadla ponizej 38 stopni, juz prawie tak, jakbym byl zdrowy. Decydujemy sie ruszyc z miejsca, na razie wracamy do LP.

Pict9235.jpg

Niestety nie nacieszylem sie za bardzo ta urocza wioska, poza kilkoma spacerami, wiekszosc czasu spedzilem w lozku. Asia zobaczyla nieco wiecej, ale tez nie chciala sie za bardzo oddalac, ze wzgledu na mnie. W tym pieknym miejscu, wsrod gor, mozna spokojnie spedzic duzo czasu.

Pict9284.jpg

Ciekawym pomyslem na droge powrotna moze byc kupienie od rybakow lodzi i splyniecie nia z biegiem rzeki do LP, albo nawet dalej.

Ostatniego dnia w LP dnia budze sie z goraczka, prawie 38 stopni, biore tableke i zaraz czuje sie na tyle dobrze, zeby kontynuowac podroz, dzis jedziemy do Muang Ngoi.
Wczoraj kupilismy bilety (2.5usd) na autobus do Nong Khiaw, musimy tylko sami dostac sie do leazacego poza miastem dworca autobusowego. Na dworcu okazuje sie, ze dwukrotnie przeplacilismy za bilety, ktore rownie dobrze mozna kupic na dworcu, zamiast u agenta w miescie. Autobus okazuje sie wcale nie byc autobusem, tylko duzym tuk-tukiem. Tutejszy duzy tuk-tuk (jumbo), to mala ciezarowka przystosowana do przewozenia pasazerow poprzez wlozenie dwoch desek do siedzenia w ladowni pojazdu. Scisnieci z kilkunastoma innymi pasazerami przez dwie i pol godziny jedziemy na polnoc do wioski Nong Khiaw. Droga jest zaskakujaco przyzwoita, pokryta asfaltem, co prawda waska na poltora pasa, ale przy prawie nieistniejacym ruchu drogowym to w zupelnosci wystarcza.

Pict9178.jpg

W Nong Khiaw czekamy kilka godzin na przystani, az zbierze sie wystarczajaca liczba pasazerow, by lodz do Muang Ngoi w koncu odplynela. Trwa to za dlugo, tym bardziej, ze jest juz poludnie i slonce przypala niemilosiernie. Wraca moja goraczka i czuje sie raczej kiepsko, wydaje sie, ze nawet tabletki przeciwgoraczkowe nie skutkuja. W koncu odplywamy. Lodz jest mala i dosc szybka, plyniemy w gore rzeki jednym z doplywow Mekongu (1.3usd; 2.5h). Okolice sa przepiekne, caly polnocny Laos pokryty jest gorami poprzecinanymi rzekami. Gory przypominaja bardziej Sudety, niz Tatry, porasta je gesta dzungla.
W polowie drogi wlasciciel lodzi prosi wszystkich o opuszczenie lodzi i przejscie kawalek wzdloz brzegu na piechote. Z obciazeniem lodz nie jest w stanie pokonac jednego niebezpiecznego przelomu, zwlaszcza bezposrednio po porze suchej, gdy poziom wody jest dosc niski. Kawalek, ktory mamy przejsc okazuje sie byc prawie czterdziestominutowym trekiem przez dzungle, pewnie bardziej bym sie z niego cieszyl, gdybym czul sie lepiej.

Pict9185.jpg

Odnajdujemy lodz i dalej plyniemy juz bezposrednio do wioski, ktora jest celem dzisiejszej wyprawy.

W hotelu dostajemy przyzwoity pokoj za cale 3 usd. Pierwszego dnia wybieramy sie jeszcze tylko na obiad do restauracyjki nad brzegiem Mekongu. My zjadamy ryz, a nas zjadaja miliony owadow, ktore gromadza sie przy lampce stojacej na naszym stoliku.

PICT8734.jpg

Luang Prabang, to podobno najpiekniejsze miasteczko w calym Laosie, wpisane jest ono na liste Swiatowego Dziedzictwa UNESCO i to nie bez powodu.

PICT8985.jpg

Calymi godzinami spacerujemy po uliczkach starego miasta i odwiedzamy liczne, znajdujace sie tu swiatynie, jedna piekniejsza od drugiej. Tutejsza odmiana Buddyzmu, to Therawada, ta sama, co w Birmie, Kambodzy i w Tajlandii.

PICT8990.jpg

Laotanczycy sa dosc religijni, rozne buddyjskie obrzadki i rytualy sa mocno zagniezdzone w kulturze tego kraju. Co ciekawe, nie ma okreslonego dnia, kiedy Lotanczyk powinien pojawic sie w swiatyni, jak to jest na przyklad z niedziela w Chrzescijanstwie. Wierzacy Laotanczyk idzie do swiatyni wtedy, gdy czuje taka wewnetrzna potrzebe.

PICT8755.jpg

Wstaje bardzo wczesnie rano, zeby zobaczyc tradycyjny przemarsz mniow przez miasteczko i zbieranie ryzu od wiernych. Widzialem juz podobny obrzadek w Birmie, w obu krajach odbywa sie to codziennie w bardzo wielu wsiach i miasteczkach, zwlaszcza tam, gdzie jest duzo swiatyn lub klasztorow. Stary zwyczaj i mnisie wskazania nakazuja, zeby kazdy mnich wyszedl rano do wiernych i przyjal ofiarowane przez nich datki.

PICT8835.jpg

To co mnisi uzbieraja do swoich misek, jest teoretycznie tym, co beda dzisiaj jedli, ale z czasem ten zwyczaj ulegl drobnym zmianom, w Laosie na przyklad wierni ofiarowuja tylko ryz, reszte produktow klasztor musi kupic sam, oczywiscie za pieniadze pochodzace rowniez od wiernych.

Pict9140.jpg

Poranny przemarsz wyglada tak, ze mnisi ida jeden za drugim bardzo dlugim sznurem, conajmniej kilkuset osob. Ida glownymi uliczkami miasta, w sumie z kilka kilometrow, po czym wracaja do swoich klasztorow. Wzdloz trasy przemarszu wierni czekaja siedzac na ziemi w specjalnej pozycji, maja ze soba garnek, lub inne naczynie z ugotowanym ryzem. Przechodzacy mnisi niosa przed soba duze naczynia, cos jak wielkie miski, do ktorych wierny wrzuca po odrobinie ryzu. Wszystko odbywa sie w ciszy i we wczesno porannym swietle wyglada to niezwykle majestatycznie. Tym bardziej, ze jasno pomaranczowe lub ciemno zolte mnisie szaty wspaniale kontrastuja z szarym, nieco mglistym otoczeniem.

PICT9049.jpgPICT9051.jpgPICT9057.jpg

Ostatniego dnia ide do tradycyjnej, laotanskiej lazni parowej, niestety nie mam juz czasu na masaz, podobno jest bardzo fajny.


  • RSS